Wiem że temat z dupy ale zastanawiam się dziś czy w waszych wspomnieniach jest ktoś taki kto z nich za cholerę nie chce wyjść? Że cokolwiek się w życiu dzieje to zawsze wracacie tam bez względu na to jak bardzo jesteście z tym kimś teraz „nieblisko”? Jako że o tym piszę to wiadomo że ja tak mam. Być może dlatego że to jedyna osoba, którą mi w pewien sposób zabrano a nasze rozstanie nie było tak do końca ani moją ani jego decyzją tylko mega presją, co złości mnie okropnie i nie daje ciągle spokoju bo zostanawiam się co by było gdyby i zawsze jak coś mi pieprznie w mojej rzeczywistości to zataczam krąg i jestem z W. O W. właśnie mówię. Pamiętam rzecz jasna presję, pamiętam piekiełko i jak było ciężko. Pamiętam jak dużo zrobiłam żeby jednak „nie” i robiłam to świadomie i w dużym stopniu po to żeby dziś nie żałować. A jednak mnie to ciśnie bo po W. piekiełek było sporo i to nie takie i dawałam radę. Umiałam się nagiąć, zmienić, dopasować. Pewnie że to na marne ale czemu skłonność do naginania się przychodzi z wiekiem? Dlaczego teraz jestem w stanie machnąć ręką, pomyśleć swoje i iść dalej, schować dumę do kieszeni, a wtedy tak trudno było to przeskoczyć? Widzicie tego typu zmiany w sobie na przestrzeni lat? Mądrzejecie z wiekiem czy durniejecie?
Mnie trochę wnerwia to że nie jestem już takim zadziorem. Nadal i tak robie co uważam i nikomu nic do tego ale nie zdzieram się już, nie walczę, odpuszczam, nie to nie.